Podobno uprawiamy propagandę, wspólnie i w porozumieniu z Tomkiem Pawlakiem. Któż nam to zarzuca, któż dopytuje kto i ile nam za to płaci?
Lokalni katoni (i jedna katonka) dorobili się oto profilu na Facebooku. Organ ów zionie chrześcijańską miłością do wszystkich, którzy ośmielają się cokolwiek dobrego pomyśleć, powiedzieć czy napisać o urzędującym Burmistrzu Milicza.
Furda im wynik wyborów, podobnie jak fakty czy elementarna uczciwość, oni mają rację i owa racja (choć głównie anonimowa) daje im prawo do:
1. Insynuacji
2. Gróźb
3. Kradzieży cudzej pracy metodą kopiuj – wklej

Zaczepieni i proszeni o wyjaśnienie odpowiadają kolejna falą insynuacji i histerią z cyklu „przez Was mam chorego męża”.
Gdy o propagandzie mowa, wciąż stoi mi przed oczami materiał państwowej TV poświęcony milickiej spalarni odpadów. Cały skrzył się obiektywizmem. Zwłaszcza dobór rozmówców ujmował skrzętnością, profesjonalizmem i dbałością o proporcje.
Proporcjonalnie, w materiale wystąpiło siedem osób wytrwale lepiących błoto do Burmistrza. Na czele z pięknie wymakijażowaną na tę okoliczność radną. Tudzież posłem, który całkiem niedawno nim być przestał. Oprócz atrybutu poselskości stracił zresztą także znaczną część nazwiska. A w ramach wysłuchania drugiej strony, burmistrza złapano za rękaw na korytarzu urzędu. Osobliwie nikt z katonów się wtedy nie oburzał. Cóż, gdy Kali kraść krowę…
Gdy już o expośle B. mowa, to zapalczywi kopiści jakoś tekstu poświęconego aferze wrocławskiego PCK nie zauważyli. Ślepi na jedno oko.
Chętnie powołującym się na modlitwy, Pana Boga i Najświętszą Panienkę przypomnimy tylko na koniec przypowieść o źdźble w cudzym oku i belce we własnym. Owocnej lektury

Jarosław Szymoniak