Pełnienie funkcji publicznej przypomina stąpanie po polu minowym. Zwłaszcza gdy minerzy lubią pograć nieczysto, jeszcze gorzej, gdy posłużą się manipulacją i wykorzystają do niej ciężko chore dziecko.
Fakty. 18 lutego wpłynęło do Burmistrza pismo z prośbą o różne formy urzędowego wsparcia. W tym zamknięcie części rynku, ustawienie na nim 50 samochodów i sceny. Do sceny miano także podłączyć prąd, by lepiej było słychać milickie zespoły.
Całość godna pochwały i wsparcia. Tyle, że gdy pismo wpływało do sekretariatu jego kopia już była na Facebooku z leciutko ponaglającym komentarzem.
Kolejny wpis pojawił się już 21 lutego, pod nim zaś komentarze. No, niezbyt dla Piotra Lecha przychylne. I tu rozumiemy zniecierpliwienie i zdenerwowanie, chodzi wszak o życie dziecka. Ale najbardziej nawet zdeterminowani nie są w stanie w ciągu kilku godzin dokonać najróżniejszych uzgodnień. Od kierowania ruchem aż po uzgodnienia z dostawcą prądu. Sprzęt muzyczny nie działa bowiem na prąd ze zwykłej wtyczki. Doświadczeni organizatorzy z American Cars Manii wiedzą to na pewno. Chyba, że wcale o ciężko chore dziecko im nie chodzi.
Burmistrz zrobił co mógł zaoferował też patronat. Czy powstrzymało to falę hejtu? Oczywiście nie, bo dziwnym trafem na owej fali dostrzec można nazwiska mało dotąd kojarzone z działalnością charytatywną za to z polityką jak najbardziej.
Ze swej strony też chcielibyśmy zaoferować nasz patronat nad zbożnym celem, tyle że – rzecz ciekawa – nikt nas o to nie prosił. Cóż…